środa, 23 grudnia 2015



Czas zimowy. Czas zrzucania liści. A może czas marazmu? Czas nic-nie-dziania-się? Stagnacji? Braku sił? Braku energii? Niemocy? Nie-ochoty? Nie -słońca? Tyle NIE .....
A może czas przedpłodny? Bo przecież z tych liści się zadziewa nawóz. A jak się porządnie podzieje, to dopiero na wiosnę się zadzieje. Zaszaleje. Zazieleni. Rozbłyśnie. Rozkwitnie. 
Ale wcześniej musi się nawieźć. Nie ma wyjścia. I koniec. 
Czyli czas wielkiego nawożenia, który zabiera a nie dodaje energii, najlepiej spędzić w spokoju, ciszy, harmonii. Na ile się da. Na ile można. 
Więc (!) łapać słońce, gdy tylko ukaże swe jakże ulotne obecnie oblicze. Oszczędzać zgromadzoną latem energię. Nie trwonić na byle co. Rozsądnie rozdawać. 
A umilić sobie czasem te ciemne, zimne dni. A jak? - A jak kto chce, jak umie. Może pachnącą herbatą. Ciepłym, choćby sztucznym światłem. Filmem, pełnym letnich krajobrazów. Książką, co na pstryknięcie palców przeniesie na piaszczyste plaże, pod drzewko piniowe lub słońce Toskanii. A może poprzytulać drzewa. One nawet jak śpią, doPOWERyzowują.... 
I przetrwać. 
By na rezerwach doczekać wiosny. I znów ładować wszelkie źródła energii. Nawet na zapas. Na kolejny czas zrzucania liści. 

Do spotkania w kolejnej przestrzeni. 
Ścisk .

czwartek, 3 grudnia 2015



Czasem, tak ot tak przychodzi sobie smutek.
"Z niczego".
A to "nic" to tak jak w klamotniku: pełno rupieci, niepotrzebnych, a niby nic tam nie ma. 
Więc (nie zaczyna się zdania od więc, wiem, ale ja zaczynam, bo lubię) wypływa z nas smutek, żal, jakieś takie rozgoryczenie nawet. 
Oczywiście "z niczego". ;)
I może czasem rzeczywiście nie warto rozkminiać, skąd to to się wzięło. Lecz posiedzieć z tym. Poobserwować. Dać się wysmucić, biedulce. 
Bez męczenia: skąd? Bez dręczenia: dlaczego? Bez stawiania oporu: nie!
Niechże sobie jest. Czasem. Smutek.
Może go nawet przytulić. Zintegrować ze sobą. Gdy się oswoi, to może zdradzi, skąd się wziął. 
A potem zaakceptować. Opcjonalnie opukać (EFT). I puścić.
I niech sobie przychodzi smutek tak ot tak, czasem. 

Do spotkania w kolejnej przestrzeni. 
Ścisk.


sobota, 21 listopada 2015


Bądź sobą - słyszę.
Bądź sobą - mówię.
Słuchaj siebie. Rób zgodnie z sobą.
Ale kim właściwie jest ten  SOBĄ? Co składa się na SOBĄ? Na bycie SOBĄ?
SOBĄ to może prawdziwe ja? Ha! Kolejna definicja. Ale jakoś potrzebuję ubrać to w słowa. Zapakować. Zamknąć w słoiku. Zapasteryzować. I odłożyć na półkę do spiżarni. Tego właśnie chcę. Na ten moment. W tej chwili. Bo już wiem, to już naprawdę wiem, że to najprawdopodobniej ulegnie zmianie. Transformacji. Kiedyś otworzę więc ten słoik. Opróżnię z zawartości. I napełnię nową. Aktualną. Na wtedy.
Lecz teraz chcę zdefiniować SOBĄ. 
Skoro pytania odnajdują odpowiedzi, albo odpowiedzi odnajdują pytania, gdyż wszystko w kosmosie ma swoją parę, to jeśli wypuszczę pytania, to i odpowiedzi przyjdą. Czyli do pytań.
Czy prawdziwie ja to ten
- bez przeszłych doświadczeń?
- bez przyszłych planów?
- bez uwarunkowań?
- bez narzuconych poglądów?
- bez dobrowolnie wybranych konceptów?
- bez nawyków, i tych dobrych, i tych złych?
- bez uprzedzeń?
- bez oczekiwań?
- bez ocen?
- bez emocji?
Tak więc prawdziwe ja to obecność. Powtarzam dla siebie, co przyszło: OBECNOŚĆ. Tylko ten moment. Magiczne teraz.  W ciszy. Tej od środka. Bo tylko wówczas słychać podszepty tej, co nigdy nie krzyczy. Duszy. Bo w pewnym sensie dusza jest ciszą. I tylko tam jest SOBĄ. 
W moim rozumieniu.
W moim odczuciu. 
Z moją najcichszą ja.
W tym momencie.

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk. 

sobota, 14 listopada 2015


Dziś o przejażdżce. Nie!  O podróży.
Podróży w nieznane. W - często - dziewicze, bo w ogóle nie odkryte. W różnorodność. W miejsce niesamowite. Niepowtarzalne. Iskrzące feerią kolorów. Wibrujące feerią dźwięków. Najdoskonalszych. Choć nie tylko tych tak zwanych pozytywnych. Tych mrocznych, tajemniczych też. 
W miejsce dalekie i bliskie zarazem. Gdzie i zimno doskwiera, i upał przypala. Gdzie jest absolutnie wszystko. Od góry do dołu i od dołu do góry. Od lewej do prawej i na odwrót - dokładnie tak samo . Podróż w głąb siebie. 
Bezcenna. A jednak stać na nią każdego z nas. Pełna skarbów: najskrytszej wiedzy o sobie samym. Wystarczy tylko chcieć się tam znaleźć. Dojechać. Doczłapać. Dopełzać nawet. 
A drogowskazami są pytania:
Kim jestem? Co tu robię? Co lubię robić? Co mnie u(nie)szczęśliwia? Co mnie męczy? Co mi dodaje skrzydeł? Czego się boję? Przed czym uciekam? Co mnie uwiera a co mnie otwiera? Co mnie uspokaja? Kiedy jestem sobą? Co to znaczy być sobą? Kiedy kłamię? Po co kłamię? Skąd te nerwy? Czy to moje emocje? Czy to moje myśli? Ile mnie we mnie? Itd... Itp.... Cała masa pytań. 
Bo podróż długa, więc i drogowskazów mnóstwo...
Jednak tak bardzo, bardzo warto.
Bo jakąż magiczną chwilą staje się to "zwykłe życie" z perspektywy globtrotera-podróżnika-odkrywcy. 
Niby bez fajerwerków. Bez wróżek. Bez czarodziejek.
Niby. A jednak...
Ja wybrałam rower. Powoli. Z przerwami. Na oddech. Sam na sam. Tete-a-tete z moją najcichszą ja.

środa, 11 listopada 2015


Życie jest święte. Nie tak religijnie, lecz wszechświatowo. Bo święty to dla mnie w połączeniu z bogiem, źródłem, wyższym ja, duszą, ze wszechświatem właśnie. Życie więc jest święte. I wszystko, co w nim, najmniejsza, ta naj-nie-istotniejsza część nawet, jest święte. 
Bo gdyby tak przyjąć, że wstawanie, sprzątanie, mycie zębów, robienie zakupów, zmywanie twarzy wacikiem, bycie w ciszy, bycie w hałasie, jazda na rowerze, mycie podłóg, praca w polu, praca przy komputerze, pływanie, kochanie się, jedzenie, smucenie się, radowanie, absolutnie wszystko jest święte, uświęcone, niepowtarzalne, to co by to zmieniło?
Bo gdyby tak przyjąć, że ten każdy maciupeńki moment jest błogosławieństwem doświadczania materii przez wieczne istnienie każdego z nas? Że każde doświadczenie wnosi zmianę w proces rozwoju tego istnienia. Że każde jest istotne. Ta świadomość, że każde nasze słowo, myśl, czyn, emocja, oddech - wszystko to, co jest energią, wnosi zmianę we Wszechświecie... Co by się wówczas wydarzyło?
Gdyby tak to przyjąć, zmienić pole percepcji,  dałoby się zauważyć więcej? Więcej kolorów, odcieni, obrazów, wskazówek?
Dałoby się usłyszeć więcej? Więcej dźwięków, podszeptów, informacji ze środka siebie, z przestrzeni serca?
Dałoby się odczuć więcej? Więcej miłości i szacunku, czułości i tkliwości do siebie i innych, też świętych...?
Dałoby się odważyć więcej w kreacji wszystkiego, co jest?
Dałoby się kreować więcej we wszystkim, co jest?
Bo gdyby przyjąć, że życie jest święte, to normą byłoby bycie całym sobą, całym swoim CUDem (czytaj: Ciałem, Umysłem,  Duszą) w tym właśnie momencie. Czyli 100% siebie w teraz. Doświadczanie tej chwili na maxa. Wszystko w centrum. Tylko to i tylko w teraz. 
-------------------------------------------------------------
- A jakby to było, gdyby każdy tak to przyjął? 
- Każdy byłby zachwycony swoim życiem, wszystkimi jego momentami. Każdy byłby jego kreatorem. Każdy by się ekscytował doświadczaniem jego różnorodności. Każdy byłby otwarty na jego nieprzewidywalność.
Bo życie jest tajemnicą. Świętą... 
Może by tak więc pozwolić sobie świętować życie? ...

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.



środa, 4 listopada 2015



A jakby tak przyjąć, że życie to jak kolorowanka, z nieskończoną ilością wzorów i szablonów. I każdy ma swój zestaw. Na wyłączną wyłączność bez wyjątku. 
I każdy koloruje, jak chce. W zależności pewnie od nastroju. Od doświadczenia. Od miejsca, w którym jest jego świadomość. W zależności od bliskości z sobą. Tym prawdziwym. Bez tożsamości. Każdy więc koloruje, jak może, jak pragnie. Nie kopiuje, lecz kreuje. Jak pozwala mu jego wyobraźnia. Jak pozwala sobie pozwolić. W wolności. Bo każdy sam wyznacza sobie granice i sam je przesuwa. Jak chce. Byleby w zgodzie z sobą. I wybiera wzory. I wybiera kolory. A możliwości jest tyle, że nawet niemożliwym jest to sobie wyobrazić. Ba,  nic nie można pokolorować niewłaściwie. Bo wszystko, co w zgodzie z sobą, pożądane jest dla rozwoju. (w moim koncepcie jest to rozwój duszy - nieskończonego istnienia).
Każdy ma swoją kolorowankę.
Każdy ma swoje szablony.
Nie dziel się szablonami, nie pożyczaj od innych - one pasują tylko do Twojej/ich  kolorowanki.
Możesz podzielić się kredkami ;) I inspirować innych. Możesz też pożyczać kredki i inspirować się innymi ;)
Ale skup się na swojej kolorowance, by mogła być nie tylko z nazwy KOLOROWankĄ.
I koloruj. Pozwól sobie na to. Pozwól się nie bać. Zaufaj sobie.
To jest ten moment. Jedyny właściwy bo w  teraz. Koloruj w skupieniu i uważności. Patrz, co do Ciebie przychodzi. Obserwuj. Nie przestawaj. Bądź obecnością. Bądź życiem.
................................................................................................................................................................
- A jakby to było, gdyby każdy to tak przyjął? 
- Każdy byłby obecny w swoim życiu. A świat byłby przekolorowy...

Do spotkania w kolejnej przestrzeni. 
Ścisk.





czwartek, 29 października 2015


Coś na ten moment jest u mnie nie-halo..........
Może dopadło mnie znużenie? Tymi wszystkimi niekończącymi się pracami domowymi. Czają się. Skradają. I nawet straszą. Non stop.
To poczucie, że robię i robię, a wciąż coś wisi i wisi.....
To poczucie, że to nie-zrobione siedzi mi na plecach i sapie, by przypomnieć, że jest do zrobienia. 
Może tylko z mojej perspektywy pracuję intensywnie w ciągu dnia? A ten dzień jest po prostu za krótki? Może to nie jest działanie na wysokich obrotach? Może zwyczajnie przyzwyczaiłam się do niskich? Może kapryszę? Może za dużo codzienności w codzienności? Może odeszłam zbyt daleko od mojej najcichszej ja? Może te wszystkie prace nie mają aż tak złowrogiego spojrzenia, jak widzą to moje oczy? Może przesadzam? A może się tłumaczę? A może tak po prostu czasem może być?
Zwyczajne znużenie. A niechże sobie chwilę ze mną jest. Nie będę z tobą, Znużu ;), walczyć. Przytulam Cię i pozwalam ci być. ( Jakby już mi było lepiej...) 
Ty jesteś nawet całkiem ok, bo dzięki tobie może będę mieć inny dzień.
A inny dzień to dzień bez pilota. Ześrodkowanie w sobie.  Czujność. Trzymanie się teraz. Skupienie.  Też i na sobie. I jeszcze dodam odpuszczenie. I jakiś extras extra dla siebie. A co tam. ;)
I to jest dokładnie to, nad czym pracuję.
Lecę odinaczać.

Do spotkania w kolejnej, innej przestrzeni.
Ścisk.


czwartek, 22 października 2015

poniedziałek, 12 października 2015


Zapominamy.
A może jeszcze sobie nie przypomnieliśmy.
Że jesteśmy wyjątkowi. Każdy z nas. Ty. I Ty. I Ty również. I ja.
Wyjątkowi, nie lepsi od innych.
Wyjątkowi, nie gorsi od innych.
Bez oceniania. Bez porównywania.
Wyjątkowi, bo niepowtarzalni. Wszyscy. I każdy z osobna.
Bo każdy ma swoją drogę do szczęścia. Do spełnienia. Do kreowania. Każdy inną.
Bo każdy ma swoją drogę na swój szczyt.
I to jest niezwykłe, najbardziej na świecie.
Tym samym nie ma dobrych rad. Pouczania. Oceniania. Krytykowania. Nawet sugestii brak. 
Jest doświadczanie wszystkiego na tej indywidualnej drodze. Obserwacja. Słuchanie. Wspieranie. Kochanie. Przytulanie. I zacząć najlepiej od siebie....
Taki świat odkrywam. Właściwie to sam się odkrywa. W czujności. Uważności. W teraz.

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.


środa, 7 października 2015


Dziś z innej beczki.
"Podróże kształcą" .
Czyżby? A może i kształcą, ale nie wszystkich?
Może. Może. Może....
Tak, jestem świeżo po podróży. I wciąż pojawia się jak widmo przed oczami  to popularne powiedzenie w formie odwróconej, czyli pytania: Czy podróże kształcą? W jakim wymiarze i kogo?
Kilka sytuacji z ostatniej podróży popycha wciąż moje myśli w tę stronę. 
Jedna z nich. 
Samolot. Lot czarterowy.  Niedługi, 2h20 (króciutki więc), dzień.
Komunikat: Zapiąć pasy bo start. Ha, nie dla wszystkich widocznie, bo dalej otwierają luki bagażowe i grzebią w tych swoich ogromnych torbach, pewnie po asortyment pierwszej potrzeby ;)
Koniec komunikatu. Zaczyna się rozkładanie foteli do pozycji leżącej. Przecież to taaaaki długi lot. A przestrzeń w samolocie, jaka jest, każdy wie, a jak nie wie, to tyci tyci, maciupeńka.  Oczywiście bez jakiejkolwiek informacji do pasażera z tyłu - po co, a niech mu się ta herbata rozleje, a co. )
Nie da się pospać, to trzeba się doenergetyzować. Czym? Tymi wszystkimi napojami, co "dodają skrzydeł", a przy okazji śmierdzą niemiłosiernie. Ale cóż zrobić? Uciec się nie da.
Może więc poczytać, bądź przymknąć oczy, by przenieść się z powrotem na nagrzany słońcem piasek, na niemal pustą plażę, gdzie przestrzeń, zapach bryzy i cisza. No właśnie, której tu, w samolocie, brak, bo.... Bo z wakacji wracają również dzieci w wieku szkolnym i maja do nadrobienia lekcje. I zaczyna się. Zadaj pytanie do : Idzie lisek szeroką drogą. Ile liści jest na drzewie, skoro jesień i połowa spadła? Jakie słowa zaczynają się na p... a jakie kończą na log.... Która godzina? .. Jakiego koloru jest marchewka a jakiego pietruszka? Czym się różni gołąb od wróbelka? Itp. Itd. Itd. Itp. Całe 2h20 z elementarzem. Żeby jeszcze jakoś dyskretnie. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Pół samolotu też musiało wrócić do podstawówki. To było ewidentnie słyszalne w tych niemal krzyczących, sfrustrowanych, rozzłoszczonych na swoje  "niekumate" (cytat) pociechy głosach mam. Odlot. Dosłownie i w przenośni. 
A przecież to podróżnicy. Globtroterzy niemal. Gdzie już nie byli. Czegóż nie widzieli. To tu to pikuś, bo tam to dopiero było  (słyszałam, choć nie chciałam, bo po co mi to wiedzieć, ale nie da się nie słyszeć, jak ktoś się po prostu drze).
W moim odczucie, ale może to ja jestem nadwrażliwa (a może upierdliwa) pozbawiona zostałam prawa do swojej przestrzeni 1. lokalnej, 2. zapachowej, 3. ciszy.
Przecież tak naprawdę wystarczy obserwować. Być uważnym. Tam, gdzie trzeba subordynowanym. Czujnym. W tu i teraz. Świadomym. No właśnie.  Chyba jednak nie z innej beczki ;)
Ale poza tym, było pięknie. Bo wiem, że mnie podróże kształcą, ale co ważniejsze inspirują, poszerzają pole percepcji, czynią refleksyjną, tolerancyjną, otwartą na świat wokół. Na świat tak różnorodny, a przez to tak ciekawy. Wszędzie. Kawałek od domu też.

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.



sobota, 19 września 2015


Bo moje życie to sieć.
Sieć, która jest częścią sieci nieskończonej. Tajemniczej. Zaskakującej. Połączonej z każdym i wszystkim wokół. Nieznanej....
Sieć przekonań. Sieć programów, wgrywanych na mój dysk od dziecka. Sieć uwarunkowań, wynikających ze środowisko, które wybrałam do swojego doświadczania. I jest to sieć doskonała. Wszystko, co się w niej pojawia jest konieczne dla mojego rozwoju. Potrzebne. Z wymiaru materii nie  zawsze jasne i zrozumiałe. Z wymiaru duszy wskazane, pożądane nawet. 
Tym samym nie ma doświadczeń złych i dobrych. Nie ma pozytywów i negatywów. Wszystko po prostu jest. 
Oczywiście w tej przestrzeni non-duality. Bo umysł nasz jest dualny, i zawsze będzie rozdwajać, kontrastować, porównywać. Taka jego natura. I dobrze. Nie dałoby się raczej tu funkcjonować, gdyby nie on. Byleby tylko to on stanowił  moje narzędzie, nie odwrotnie. 
Tak. Moje życie to sieć.
Sieć możliwości. Sieć decyzji, które zawsze mają jakieś konsekwencje. Sieć wyborów. W każdej możliwej sytuacji. Bo zawsze jest jakiś wybór. Nie. Nie, jakiś wybór. Mój wybór. To jest mój wybór.
To chyba znaczy wolna wola. Ja wybieram. Mój wybór, moje konsekwencje. 
Im te wybory bliższe mnie samej, (czyt. mnie po odklejeniu od wszelkich tożsamości i ról lub czyt.: mojej duszy), tym, z percepcji umysłu dla mnie lepsze. Tym ja spokojniejsza. 
I właśnie teraz, w tym najświętszym spokoju, tak to do mnie przychodzi. 100% sensu w moich dywagacjach na temat nurtujący mnie od niemal zawsze: Po-co-tu-jestem i Kto-ja-jestem.... 
Niestety nie zawsze przychodzi to do mnie tak, gdy tego spokoju brak. Najwyraźniej mięsień świadomości jeszcze niewystarczająco wyćwiczony. 
Jestem w procesie. A proces to myśl-wiedza-działanie. Ostatnie ogniwo najtrudniejsze. Acz, do zrobienia...
Idę zająć się życiem....

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.




poniedziałek, 14 września 2015


Jestem. 
Nareszcie u siebie. 
Wróciłam. 
Chociaż głowa jeszcze "nie moja", w karku wciąż łupie, a przed oczami szlaczków ciąg... Czyli stan fizyczny bez zmian. A jednak wróciłam.
Nie, nie z dalekiej podróży. A może właśnie tak? Takie w każdym razie odnoszę wrażenie, że wróciłam z daleka. 
Do siebie.
Do przestrzeni, którą udało mi się wykreować. Krok po kroku. Mały krok, po małym kroku. Dzień po dniu. Tydzień po tygodniu. Miesiąc po miesiącu. 
Wybaczenie. Wdzięczność. Cisza. Stwarzanie. Uważność. Bycie w teraz.
Powstało, ba, wciąż powstaje to piękne miejsce. Nie lokalnie, a mentalnie. Wszędzie mogę w nim być. Taka to magiczna przestrzeń....
Ale jakoś dni temu kilka mnie wylogowało. Nagle. Klik. Klik. Coś się zacięło? Zamknęło? Myślałam nawet, że umarło. Na zawsze. 
Niby nic na zewnątrz się nie zmieniło, ale pociemniało. Posmutniało. Zbezsensowniało. Odradośniło się.  Zahuczało i zawyło. I huczało jakiś czas. I wyło. Straszyło. Smęciło. A potem smęciło i straszyło. Ryczało. I panikowało: koniec tego pięknego? Przeze mnie stworzonego?
Nie koniec. Jak bardzo jestem wdzięczna, że nie koniec.
Bo dziś jest wszystko inaczej. Chociaż na zewnątrz nic się nie zmieniło. Znów pięknie. Trochę tkliwie, co bardzo lubię. 
Znowu się uspokoiło. To, co krzyczało. Tłukło się. Obijało od środka.
Znowu się rozjaśniło. To, co wpakowało mnie w jakąś stęchłą, czarną otchłań. 
Znowu zaśpiewało. To, co chrapało i fałszowało. Notabene nie moją melodię. I to jeszcze wysoko ponad dopuszczalną granicę decybeli, mentalnych. 
Znowu uśmiechnęło się. To, co popłakiwało cichutko. A czasami ryczało. Tyle łez....
Znowu wyklarowało się. To wszystko wokół, co rozmyte było. Bez kolorów. Bez formy. Bez zapachu.  
Znowu zaufało. To, co drżało ze strachu. Aż bolało. W oceanie wątpliwości i zakwestionowanych odpowiedzi, na pytania z pytajnikami większymi niż słoń....
To ta przestrzeń, w której absolutnie wszystko ma rytm mojej piosenki. Ma moje a nie cudze buty. Kroczy moją drogą. Tańczy mój taniec. Wszystko w idealnej jedności. W najdoskonalszym dla mnie tempie. W najlepszym dla mnie czasie. 
Nie wiem, co mnie z niej wyautowało. Nie wiem dlaczego i z jakiego powodu. Nie wiem, co było tego celem. Narazie. Ale wiem, że chcę tu być. Tylko tu. I koniec.

Dziękuję. I ściskam Cię, G.

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.


czwartek, 3 września 2015



Stworzyłam Artystkę.
Tak. Można powiedzieć od podstaw. A może od zera? A może to było i poniżej? Bo malowanie nigdy nie było w kręgu moich zainteresowań. Nawet tych najodleglejszych. No właśnie, czy nie było? A może w głębi duszy było zawsze, tylko ten program "nie-umiem-malować" skutecznie mnie z tej świadomości wylogował? Na szczęście nie na zawsze.
Po wielu latach życia, jakimś przypadkiem, który wiem, że przypadkiem nie był, bo przypadków brak ;), chwyciłam za pędzel. Nieudolnie. Z pewną dozą wstydu i skrępowania nawet. W oszołomieniu - cóż ja to robię ;) ..... Tak wstydliwie, że nawet ten mały pędzel czuł się pewniej niż ja. Ale z jakimś dziwnym przekonaniem, że tego właśnie chcę. I zaczęłam mazać. 
W szufladzie leży ten mój pierwszy obrazek. I może będzie leżeć tam zawsze. Zachowam go. Żeby mi wciąż i wciąż przypominał, że nie ma rzeczy, których nie potrafię robić. Są tylko dwa warunki: 1. Chcę to robić. 2. Potrafię sobie wyobrazić, że to robię. A potem to już tylko się otworzyć, na to co spływa. Bo mam nieodparte wrażenie, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, że to tylko moja ręka jako narzędzie maluje te moje obrazy. Że jakaś siła przepływa przeze mnie, dając wyraz temu, co na płótnie. 
Ta przestrzeń kreacji, ba,  każda kreacja fokusuje mnie w teraz. Nie ma nic więcej. Trzeba się zamknąć i otworzyć jednocześnie. Zamknąć na zewnątrz, otworzyć na wewnątrz. Inaczej przeciąg jest. ;) I stać się bambusem ;), o czym wspomniałam już we wcześniejszym poście. 
Dzieci to mają. One nie muszą się tego uczyć. One to wiedzą. Wyciągają języki i tworzą. Jest tylko papier, farby i dziecko. Kolorowanka, kredki i dziecko. Wycinanka i dziecko. Wyklejanka i dziecko. I nic poza tym. Mi zdarzyło się to najwyraźniej zapomnieć. Może tak ma każdy dorosły? 
Ale szczęściem wielkim, nieprzypadkowym przyszło to do mnie znowu. I wprowadziło masę radości. I pomaga wylogować się z kolejnych niechcianych, powoli uświadamianych programów. I niech się dzieje. Dla mnie niewyobrażalnym luksusem jest możliwość "wyciągnięcia języka". Bo to sygnał: Udane logowanie na platformie mojej najcichszej ja. ;)

Ps. 1. Mój pierwszy obrazek z perspektywy dzisiaj jest dość niezwykłej urody ;) .  Aż mnie zastanawia, dlaczego obdarowałam oczy wszystkich moich  bliskich jego iście niezwykłym pięknem. ;) I to jeszcze w zachwycie bardziej niż przeciętnym. 
No ale od niego wszystko się zaczęło.... 

Ps. 2. Powyżej Moja Artystka przedstawia tryptyk: Miasto.

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk. 


wtorek, 1 września 2015

Przyjaciel.
Teoretycznie każdy wie, kto to jest przyjaciel.
Ten prawdziwy naturalnie.
Przyjaciel jest zawsze.
Na dobre i na złe.
Gdy go potrzebujemy.
Gdy się radujemy czy świętujemy to oczywiście z nim.
Gdy jego pomoc jest dla nas niezbędna i na odwrót.
Dla prawdziwego przyjaciela jesteśmy w stanie zrobić wszystko. Przynajmniej niemal wszystko. I niemal zawsze.
Przejechać wiele kilometrów, gdy jest taka konieczność.
Wisieć na telefonie godzinami, gdy potrzebuje się wygadać.
Wstać o 3 nad ranem, by go odebrać z lotniska.
Przytulać i ocierać łzy, gdy zalewa go powódź rozpaczy.
Robić herbatę i najsmaczniejszą z zup, by się wzmocnił pogrążony w chorobie.
Wysyłać fluidy najpiękniejszej energii.
Zalewać komplementami.
Zalewać pozytywnymi słowami, by wzmocnić jego wiarę w siebie, poczucie własnej wartości, gdy te akurat na dnie.
Otwierać skrzydła i być dla niego czułym.
Być dla niego po prostu.
Dla przyjaciela do końca życia.
Dla przyjaciela od początku życia.
Dla tego przyjaciela, którego każdy z nas ma. Bez wyjątku. Na wyłączność.
Bo najprawdziwszym przyjacielem dla siebie jest każdy z nas.
Bo najwierniejszą moją przyjaciółką jestem dla siebie sama.
Czy jestem więc w stanie zrobić dla siebie wszystko? A przynajmniej niemal wszystko?
Czy jestem gotowa na poświęcenie sobie z uważnością i cierpliwością czasu, jeśli go potrzebuję?
Czy znajduję słowa pełne miłości, gdy zwracam się sama do siebie?
Czy dbam o siebie w wymiarze fizycznym, mentalnym, emocjonalnym czy umysłowym?
Czy słuchając siebie jestem "cała swoim uchem"?
Czy w sytuacji tak zwanej trudnej potrafię być dla siebie wyrozumiała, czuła i delikatna? Jak dla przyjaciela, dla przyjaciółki?
Tak! Coraz bardziej tak :) .
A Ty?
Jeśli tak - wspaniale :).
Jeśli nie, to otwórz drzwi Twojego serca. I nie bój się. On/Ona tam na pewno jest.

Do zobaczenia w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.







poniedziałek, 24 sierpnia 2015


Wciąż w drodze. Idę. Stoję. Cofam się. Wątpię. Idę dalej. Stop. Pytanie. Odpowiedzi brak. Pytanie. Nic. Nawet ciszy nie ma. Chaos. Chaos bez hałasu.... Stoję więc. Tak, oddech. Oddycham. Miarowo. Bez przesady z głębokością. Delikatnie. Świadomie. Wdech i wydech. Powoli. Siadam. Na razie nie idę. Odpoczynek. Oddech. I kolejny. Nic więcej. Gdy pojawia się myśl - etykietuję "MYŚL" i puszczam dalej. Jak chmury na niebie. Niech sobie frunie. Niech znika.... 
Jest. Nareszcie. Cisza. I nic więcej. Mogę iść. Idę. Nie cofam się. Do przodu. Jest lęk. No tak, jest niemal zawsze. I co? Lękam się, ale idę. Idę mimo lęku. Naprzód. Z życiem. Bo życie zna tylko drogę do przodu. Skupiona na teraz. W ciszy. Czuję, że właśnie wracam. Do siebie. 
Po upadku koniec. Bo wstałam.
Bo nie jest to takie łatwe, pozwalać życiu płynąć. W akceptacji wszystkiego, co jest. Bez oceny, jakie jest. Bez oporu, że jest. Pozwalać sobie po prostu być. Pozwalać innym po prostu być. Odważyć się żyć, pomimo strachu. Celebrować każdy moment. Ten moment. W teraz. Dawać z siebie 100% we wszystkim co się robi... Teraz! Tak, tak. To ciężka praca. Bo stan niezwykły. Nienaturalny. Bo inaczej nauczono nas żyć. Z innej perspektywy. Niełatwo, ale i niebanalnie odkopywać się z naleciałości. Odnajdywać wiarę w swoją wartość, w swoją moc. Ufać sobie. Pozwalać sobie błądzić.  Zostawiać za sobą coraz to inne kostiumy. W końcu przecież musi być jakiś koniec przebrań. Koniec ról. Koniec tożsamości. Tak myślę przynajmniej. Tak czuję. Tak do mnie przychodzi. Gdy wszystko we mnie gra dokładnie tą samą melodię. Moją melodię. Gdy ego śpi. Zdetronizowane. Przynajmniej na chwilę.
Mój ocean teraz spokojny. Pełen miłości. Bez dna.

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.

sobota, 22 sierpnia 2015


Jedna z istotnych przestrzeni nas, to nasze ciała. O czym pisałam już wcześniej. Dziś w ramach dbałości o nie, szybki przepis na nie tylko zdrową zupę, lecz przede wszystkim smakowicie smakowitą.  Bo jak mówi pewna maksyma: Żeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć. ;) Wlewajmy więc w nas dobre paliwo. Opłaci się ;) i to prędziutko. 

Krem z brokułów naprawdę kremowy (zdjęcie przekłamało trochę kolor, w rzeczywistości bardziej zielony)
1 brokuł, 1/2 szklanki orzechów nerkowca, 1 cebula, łyżka masła, liść laurowy (3), ziele angielskie (3) woda, sól, pieprz
Brokuł ugotować, łodygi dłużej, różyczki ok 3 minuty, cebulę udusić na maśle z liściem laurowym i zielem angielskim, wszystko razem z orzechami (bez liścia laurowego i ziela angielskiego) potraktować blenderem. Wodę przed zmiksowaniem ująć lub dodać, na wyczucie właściwej dla siebie konsystencji.  I już. Pysznego smacznego!
A ja lecę. :)

Do spotkania w kolejnej przestrzeni. 
Ścisk.

czwartek, 13 sierpnia 2015



Tyle zaaplikowanej wiedzy. Wciąż aplikowana wiedza. Na bieżąco. Żeby jeszcze odkryć. Żeby jeszcze się dowiedzieć. Żeby więcej wiedzieć. Wiedzieć jak Żyć. Świadomie oczywiście. Tyle źródeł, a tylko jedna prawda. TERAZ. Takie proste. Takie nieskomplikowane. Takie banalne nawet. Takie życiowe. A jednak czasami nie do zrobienia.
Co z tego, że wiem. Co z tego, że o tym czytałam. Co mi daje, że to wciąż powtarzam, skoro wypadam z tej wiedzy. Wypadam z TERAZ. I wpadam w jakąś otchłań. W jakąś ciemność. W bezgraniczną rozpacz. Jakby tam właśnie miał być koniec. Ale czego? Życia? Życie płynie przecież. Nawet jak ja w tej otchłani. Nawet jak ja w tej rozpaczy. I wtedy przychodzi ta zaaplikowana wiedza. Już przetransformowana. Od środka.  Po jakiejś chwili. Po ciemności. Po cichu. I pytanie od mojej najcichszej ja: ale o co chodzi? .... I powtarzam pytanie. I jeszcze raz. I kolejne razy pięć. No właśnie: o co chodzi? O co chodzi? O co chodzi? O co chodzi? O co chodzi? I wracam. Już jestem z powrotem. Ufff. W TERAZ. Na szczęście. Bez lęków o przyszłość. Bez strachu z przeszłości. Bez analizy teraźniejszości. Jestem w moim TERAZ. Tu chcę zostać. Tu magicznie jest spokój. Tu magicznie jest życie. Tylko tu, w TERAZ, de facto.  Bo TERAZ po TERAZ już nie będzie. I przed TERAZ nie ma TERAZ.
Nie chcę już wypadać. I nie wypadnę....  Do następnego razu. Ale może to jest tak daleka przyszłość, że z perspektywy  TERAZ go jeszcze nie ma? I może wcale nie będzie? Popraktykuję. Po to tu w końcu jestem. 

Do zobaczenia w kolejnej przestrzeni TERAZ.
Ścisk.

niedziela, 9 sierpnia 2015


Upalnie. Przynajmniej tu, skąd piszę. Czy w cieniu, czy w słońcu czuć Toskanię, Prowansję, Sycylię, ba, całym południem pachnie. Przepięknie. Tylko cykad brak. Ale i tak nastroje leniwe, iście południowe przy takiej aurze. Nikogo nie widać, nikogo nie słychać w ciągu dnia. Bo życie zaczyna się od godzin wieczornych. Kto by pomyślał, że to Polska ;)
"Dla ochłody łyk zimnej wody" jak  mówi piosenka. Ja jednak polecam MANGOLADĘ ;)
Mango + waniliowy napój ryżowy + duuuuuuuuuużo lodu - potraktować mocnym blenderem i gotowe.

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk. 



sobota, 8 sierpnia 2015



Było sobie jajko, a potem była kura.... A może odwrotnie? ...
U mnie najpierw był skrawek papieru, bo właśnie od niego  ta przygoda z kurą  się rozpoczęła....
A potem już poleciało... Byleby pamiętać o "byciu bambusem" ;)

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.

czwartek, 6 sierpnia 2015



Najpiękniejsza pora dnia. Świt. Cisza i w niej moje ciszenie.  Spokój. Wszędzie we mnie i wokół. Uśpienie. Świat w letargu. I ja. Przebudzona. Przepięknie. I jeszcze chłodek w ten upalny czas. Pachnące, świeże powietrze. Tylko się zaciągać. Nałogowo. 
Do dzisiejszego wpisu zainspirował mnie przeczytany tekst Osho, tuż po 5 rano, ;)  - usłyszałam go i poczułam doskonale w tej cichości chwili. Tekst o byciu czy może niebyciu artystą. Porównał on artystę do bambusa - czegoś pustego w środku. Czyli zatracenia się, zapomnienia o sobie w akcie tworzenia. Bez kalkulacji. Bez tożsamości. Bez ego. Pozwolenie i przyzwolenie na prowadzenie. Przez siłę wyższą. Doskonałą.
Był to taki dla mnie synchron w czasie. Dzień wcześniej malowałam obrazy. I - nie znając jeszcze stanu "bycia bambusem" coś puściłam w sobie. Pozwoliłam sobie na brak kontroli. Nie wymyślałam, co chciałabym namalować. Nie kalkulowałam, że może wykorzystam jeszcze farbę na paletce, no bo "szkoda, żeby się zmarnowała". Nie myślałam o tym, czy komuś spodoba się ten obraz czy nie. Zaczęłam od pomarańczu i zieleni, skończyłam na brudnym różu. Namalowałam Anioła, zamalowałam Anioła, to nie był jego czas, więc ukrył się na ten moment we Wszechświecie. 
To jest genialne! Stwarzanie. Każdy ruch pędzla przynosi inną przestrzeń. To się dzieje na bieżąco. Bez planu. To się po prostu dzieje. I ja to poczułam. Ja, która wg norm ludzkich malować nie potrafię. Zresztą nigdy nie malowałam, no w podstawówce, jak każdy. 
Mój pierwszy krok, do "bycia bambusem" zrobiłam. 
Już czekam na następne. W ekscytacji. W szczęściu. 
Wczoraj ktoś mi powiedział: Sztuka sztuką, życie życiem. A ja bym to pomieszała i połączyła, jak farby. Co myślisz, M.?

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.

poniedziałek, 27 lipca 2015


Dziś przypływa do mnie wszystko naraz. I wdzięczność. I miłość. I cisza. Ale to nie koniec. Bo pomiędzy, a zawsze jest POMIĘDZY, tam jest pełnia. Tak myślę. Tam jest głębia. Tak czuję. Tam jest otchłań. Tak to widzę. I tam właśnie jest nicość. Czyli wszystko.
Ponieważ ja to wszystko. My to wszystko. W ciszy tak do mnie przychodzi. Jeden wielki misz masz. Czyli życie właśnie. Tam, a może tu jest wszystko. Tak samo ważne, lub tak samo nieważne. I deszcz. I wiatr. I susza, I wielkość. I małość. Szum i bezszum zarazem. Raz klarowność, raz niejasność. Raz pełnia radości, raz pełnia tragedii, a innym razem pełnia księżyca. I nów. I wschód słońca, i zachód też być musi przecież. I zaćmienie, a jakże....
I my w tym wszystkim. A raczej to w nas. Przez nas. W ciągłej zmienności. Nieważne, że nie chcemy. Nieważne, że pragniemy, by wciąż było takie samo. Było. Jest. I zaraz będzie. Inne. W istocie nieistotne jakie. Zwyczajnie jest. Bo wciąż płynie. Czy słońce świeci, czy nie. Płynie. Czy głowa boli czy nie. Płynie. Czy płaczę z radości czy ze złości. Płynie. Czy chcę, by płynęło czy nie. Płynie. Czy śpię, czy jestem przebudzona. Płynie. Czy jestem świadoma, czy nie. Płynie. Życie płynie. Bezurlopowo. Bezpauzowo. Bezwarunkowo. 24godzinowo. 
Uczę się pozwalać sobie płynąć z nim. Nie stawiając oporu. Bez przerwy. W ciszy i hałasie. W słońcu i w granacie nocy. W moim smutku i w mojej miłości. We wszystkim i niczym zarazem. Misz masz. Niezwykłe a zwykłe jednocześnie. Czyż nie? 
 Życie... To jest życie....
Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.


środa, 22 lipca 2015


Wszystko zaczęło się u mnie od ciszy, świadome bycie w tu i teraz. Świadomy oddech. Świadoma radość. Świadomy smutek, żal, rozpacz. Świadome zmiany. A pomiędzy tym pewnie jeszcze wiele nieświadomej nieświadomości. Nie wszystko na jeden chełst. Powoli. Najpierw cisza. 
Zaczęłam więc praktykować ciszenie.
Początek był dziwny, ba, śmieszny, sztuczny nawet, bo normą był przecież hałas, i to jeszcze mało słyszalny. Bo robił za tło. Telewizorek, radyjko z samego rana,  paplanie godzinami przez telefon, muzyczka, portale społecznościowe "co komu, kto i kiedy",  budowanie monumentów myślowych, nie tylko 8h, lecz niemal zawsze po godzinach, za darmo, z chęcią. Non stop to tło. Niezauważalne, a jednak dające poczucie bezpieczeństwa, oczywiście, że pozornego, teraz to czuję. Forteca przed sobą samym. Bo przecież w takiej ciszy to można usłyszeć, że ho ho. Bo w takiej ciszy można usłyszeć, czego nie chcę, co boli, przed czym mam lęk, z kim nie chcę spędzać mojego czasu, co pragnę robić, nawet jeśli jest to najdziwniejsza z dziwnych rzeczy.  Można usłyszeć o zakłamaniu sporej części siebie i wszystkiego w okół. O własnym tchórzostwie, braku zaufania i wiary we własną moc.  O tym, że w ogóle ma się moc. Że się jest mocarnym, a nie marnym...
I usłyszałam tę moją najcichszą ja, przychodzi do mnie w ciszy.  Chciałabym częściej, ale na ten moment zadowalam się i tymi razami. 
Podpowiada. Uspokaja. Wierzy. Ufa. Słucha. Pyta. Utula, jak trzeba. Zachęca i trzyma kciuki.  Jest. 
Wiem, że każdy ją ma. Jakkolwiek by jej nie nazwać, zresztą po co to robić gremialnie. Kto ją w ciszy usłyszy, wie, że to To. :)
Kocham ciszę. Już nie muszę limitować hałasu na zewnątrz, zwyczajnie go nie chcę. A ten, na który i tak nie mam wpływu, nie przeszkadza mi już w moim ciszeniu. Bo tam stwarza się wówczas przestrzeń na inne kwestie. I nie ma miejsca na hałas. Rodzą się pomysły. Feniksuje się coraz to inne moje ja, niby wiele ich a są jednym, i są również poza ciałem....
Wiem, że to nie koniec odkryć, a może raczej nie koniec odnajdywania wreszcie tego, co jest w nas zawsze? I zawsze było, i będzie? .... 
Tam mnie pcha. W tę stronę. Niekoniecznie wiem dlaczego, ale czuję, najbardziej właśnie w ciszy, że to jest moja droga. Do siebie.
W ciszeniu moc. Polecam. 
Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.

niedziela, 12 lipca 2015



Na fali wdzięczności, serdeczności Światu ślę. Moją jagodową miłość.  Ot tak, bez konkretnego powodu. A niech Świat ma! I dla Ciebie też ją ślę. I dla Ciebie. I Ciebie ....  Prosto z mojego ogródka. :) Bo jestem wyjątkowa. Bo jesteś wyjątkowa. Bo jesteś wyjątkowy.
Niech to będzie pyszny dzień. Na fali...
Ps. Podaj dalej... ;)

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.

czwartek, 9 lipca 2015



Czasami zmieniam perspektywę. Staję na głowie. Jem prawą ;) ręką. Gram rolę mojego rozmówcy. Idę tyłem. Jestem obserwatorem mnie, tego od myśli i emocji. Nazywam się Akszeinga, czasami ;) .  By wyjść z rutyny. Uinacznić chwilę. Poszerzyć perspektywę. Pogłębić świadomość. Poczuć więcej. Wiem, że jest więcej. 
I ja jestem.

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.

wtorek, 7 lipca 2015




Egoizm. Egocentryzm. Słowa namaszczone negatywem. Ale dlaczego? Ale kto je tak namaścił? Kto zadecydował, że skupiając się na sobie jesteś zły i czynisz krzywdę światu?
Bo ja w takim właśnie przekonaniu żyłam właściwie całe swoje życie. 
Dziel się! Dawaj! - Bo? - Tak trzeba. 
I w porządku. I dobrze. Lubię się dzielić. Lubię dawać.... Tylko czy można bez końca nie uzupełniając rezerw, wszelakich, szczególnie tych nienamacalnych?...
Zmieniam to. Zmieniam znaczenie. Namaszczam pozytywem... (pewnie w niezgodzie z większością, ale co tam, skupiam się przecież na sobie ;) )
Nie TAKuję więc z pilota na pytania z "czy mogłabyś...?", nie poŚwięcam swojego czasu innym, gdy potrzebuję go tylko dla siebie, toż to czas święty ;), ba, nie mam z tej okazji wyrzutów sumienia ;), Nie kłamię, że wszystko się pali i wali, i jeszcze wpadli niezapowiedziani goście, gdy nie mam ochoty na spotkanie,  tylko najzwyczajniej w  świecie mówię "nie", z szacunkiem i z szacunku do siebie...
I koncentruję się na sobie. Nabieram sił. Ładuję akumulatory. Uzupełniam rezerwy. Napełniam się energią i mocą sprawczą. By z radością znów dać, by z przyjemnością znów się dzielić, by bez wyrzutów sumienia, w całkowitej prawdzie i w zgodzie z sobą mówić tak.
Bo wierzę, że tylko  uszczęśliwiając siebie, możemy dać szczęście innym...
Nie jest to wbrew pozorom takie łatwe. Spróbujesz? ;)

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.

poniedziałek, 29 czerwca 2015


Wdzięczność. 
Dźwięczność.
Jestem wdzięczna. 
Jestem dźwięczna. 
Ale początek mojej relacji z wdzięcznością nie tylko dźwięczny nie był, lecz toporny raczej.... 
Kilkanaście miesięcy temu i moje  ucho, i moje  oko wyłapywały wszędzie  to słowo na "W". Książka, filmik z youtube, audycja ....... Wyskakiwało nawet z przysłowiowej lodówki. 
"Podziękuj, za to co masz" - pojawiało się jak grzyby po deszczu, bez deszczu ...
Przypadek?  - Nie, bo w moim życiu przypadków już nie ma, to akurat wiem.
Łaziło więc za mną to "podziękuj" i łaziło. 
Pytałam je: " A po co? a na co? A za co?" Właściwie to nie pamiętam, żeby mi tak jakoś konkretnie odpowiedziało, ale łaziło dalej. Nie, nie wkurzało, że łaziło, raczej dziwiło, po co łazi... Ale i intrygowało, coraz częściej zastanawiało, aż bąknęłam: A co mi tam, podziękuję. I zaczęłam dziękować. Regularnie. Każdego dnia. Zaczęłam od 3 rzeczy. Samą mnie to czasem dziwiło, cóż ja to robię - ja - Dziwadełko, ale zapisywałam skrupulatnie w notesie, te wszystkie moje wdzięczności... O zaprzestaniu mowy nie było. Bo coś tam, może moja najcichsza ja ;) od środka szeptała wciąż i wciąż to słowo na "W".
Obecnie praktykowanie wdzięczności jest dla przyjemną codziennością, bez przypominacza,  po prostu - dziękuję. Czasem zapisuję, czasami tylko myślą puszczam w świat,  po całym dniu, tuż przed snem, czasami za kilka rzeczy na raz, lecz coraz częściej swoista potrzeba podziękowania przychodzi do mnie cichaczem, natychmiast po tym, za co jestem wdzięczna, a może nawet już w trakcie... I są to coraz mniejsze, percepcją intelektu może nawet błahe rzeczy, bez jakiegokolwiek znaczenia, takie małe nic, co to ich  ani nie widać ani nie słychać, ale są, jak powietrze ;)  .....
Teraz już wiem, co miało mi dać to doświadczenie i co wciąż przynosi do mojego życia, a mianowicie samo zauważanie Tego życia  przez docenianie jego najdrobniejszych detaliczków, co zaś daje poczucie bycia w teraz, bycia obecnym, świadomym....  Bo wdzięczność umieszcza nas w czuwającej przestrzeni życia (czytaj: bez autupilota), w tej do której wielu trafia, po tym jak "dupnie", niestety...
Nie do końca oswoiłam jeszcze temat wdzięczności za to,  co nasz umysł postrzega jako negatywne, trudne, ciężkie,  ale nie spędza mi to snu z powiek, bo ufam, że i to we właściwym, najlepszym dla mnie momencie do mnie zwyczajnie przyjdzie. Przecież wciąż jestem w drodze .... 
 ..................................................................................................................................................................
Jestem wdzięczna za to, że jestem,  że mogę żyć w spokojnym  kraju,  za miejsce, w którym mieszkam, za poczucie bezpieczeństwa, wolności.
Dziękuję, że mogłam dziś wstać o 5, z energią, bez jakiegokolwiek bólu, z zapałem do działania, po przespanej w ciepłym łóżku nocy, że mogłam poczytać w ciszy, usłyszeć ptasie trele za oknem, pomedytować przy plewieniu ogródka. I za pole maków w oddali. I za miłość.  I za jeszcze wiele, wiele innych wspaniałości, przez które "przepadam" każdego dnia...
I za Twoją uwagę również dziękuję. :)

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.




środa, 24 czerwca 2015


"Jestem w czarnej dupie ze wszystkim" - słyszę często od innych, a może i od siebie? ... TEGO  nie zrobiłam, z TYM nie zdążyłam, TO zawaliłam, a dodatkowo TO się sypnęło, TAMTO nie wypaliło, jeszcze niespodziewanie TO wypłynęło  a do tego wszystkiego wszędzie bałagan.... A konsekwencja? Wk...rw 24h, złość, agresja, niemoc, apatia, kłótnie z innymi i światem,  żal, że "nie mogę zniknąć", pytania: "co jeszcze?" i "dlaczego znów ja?"....
Kto tego nie zna? No może są i tacy, ale ja dziś o tych innych ;), których codzienność tak właśnie czasami wygląda. (oczywiście im rzadziej, tym lepiej  ;) )
Jest, jak jest. Może jest to konsekwencja naszych działań, może ich braku? Nieważne. W każdym razie jest TO wszystko. I -zdradzę - nie zniknie na pstryknięcie palców. Jest. I ja jestem. I co z TYM można zrobić? Czy w ogóle można coś z TYM zrobić? TO contra JA?
Ktoś mądry powiedział: Wszystko mogą mi zabrać ale mojej reakcji na zdarzenie nie zabierze mi nikt... Dokładnie -  reakcja! To jest moc. Moja moc. Jeśli już jest jak jest i na ten moment nie jestem w stanie TEGO diametralnie zmienić, to zmienię moją na TO reakcję... Stanę obok, popatrzę na siebie, w pianie frustru (notabene dość żałosny to musi być widok), już jako obserwator zadam sobie pytanie: "Czy TO naprawdę jest tego warte?" - jeśli konieczne, powtórzę 3 razy, bo w tym stanie czasami ciężko coś usłyszeć ;)  Poobserwuję te wszystkie wzburzone myśli i emocje, które już pięknie się oddalają i ......  jestem przekonana, że  wtedy będę już w innym miejscu...
Już w spokoju złapię za szmatę i przy dobrej muzyce - ot tak, dla relaksu - uprzątnę to i owo - nie, nie wszystko na raz, tyle bym mogła w komforcie zaplanować a może raczej zrealizować kolejny mały krok. Może tym razem przy kawie z waniliowym napojem ryżowym, który uwielbiam? ...
To jest moje praktykowanie świadomego życia. Powoli lecz klarownie moją drogą, z akceptacją upadków również. 

Ps. Pozdrawiam Cię, A. ;)

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.

niedziela, 21 czerwca 2015



Pogoda dziś zmienna, może angielska, może holenderska - jak kto woli, w każdym razie trudno nadążyć.
 Dlatego na chwilę oddechu, pyszne coś, zdrowe, kolorowe i na czasie bo truskawkowe ;)

TRUSKAWKOWE NIEBO: truskawki (moje były kwaśne więc + 2 daktyle), + mała pomarańcza+ mały zamrożony banan + napój ryżowy o smaku waniliowym (na "oko" ) - zblenderować, gotowe:)
Niebo absolutne ;)

Do spotkania w kolejnej przestrzeni.
Ścisk.


Szukając siebie należy szukać od środka - to tam jest klamka do tych najważniejszych drzwi, do siebie, do swojej ciszy. Tam jest jedyna prawda. Moja prawda. Prawda każdego z nas.  Zadawać sobie samemu pytania i nasłuchiwać odpowiedzi. Przyjdą, wiem, że przyjdą. Jednakże uwarunkowania, rzeczywistość, nasze nieświadomie zbierane oprogramowania już od dzieciństwa - jak dla mnie to już z wcześniejszych inkarnacji - tworzą siatkę, rodzaj pancerza, w którą cali jesteśmy utytłani i przebić się prze TO-TO jest trudno, jeśli w ogóle się da ....
Taki obraz samej siebie przyszedł do mnie osobiście - ja jako istota wielowymiarowa, czyli nie tylko ciało mam na myśli, w siatce, bezwolna, ograniczona, nawet smutna. Pod kontrolą. Bez spontanu. Tak się zobaczyłam od środka, od strony duszy. Szok! Zaskoczyło mnie to bardzo, nawet bardziej niż bardzo, przecież tyle już pracuję nad sobą, poświęcam czas dla siebie, poddaję chwilę refleksji, pamiętam o TERAZ. Toteż w  moim odczuciu byłam już gdzie indziej. A może właśnie byłam? ...
I może był to obraz już po tym moim lekkim liftingu duchowym wiele jaśniejszy niż byłby przed?  Może ....
Ale mnie ten obraz nie zadowala. Nie chcę tak! Chcę zmian! Chcę wolności, spontaniczności, obecności.... 
Zabieram się więc do pracy, by dowiedzieć się, kim jestem,  bez nazwiska, zawodu, wykształcenia, adresu, płci, roli społecznej.... Kim naprawdę jestem... I mam ufność, że Wszechświat szepnie mi odpowiedź wystarczająco głośno....
Rozpoczynam kurs odkrywania swojego prawdziwego "ja" w 28 dniowym Soul Coaching z Denise Linn. 
Dziś dzień przygotowań. Zadania:
- znajdź przestrzeń ciszy, by móc odpowiedzieć sobie na pytania:
                      - Z jaką intencją rozpoczynasz ten kurs?
                      - Jak chciałbyś czuć się po jego zakończeniu?
                      - Czego po nim oczekujesz?

- stwórz swój kontrakt:
                     Ja, ......, z ufnością i otwartym sercem, zobowiązuję się pilnie, szczerze i w pełnej świadomości przez 28 dni wypełniać zadania, które w rezultacie pomogą mi połączyć się z moją duszą, abym mogła ją częściej słyszeć, odczuwać i rozumieć, co ma mi do przekazania. Obiecuję również dbać o swoje ciało, racjonalnie żywić, odpoczywać, prawdziwie wyciszać. 
                                                                                                          .......................
                                                                                                           podpis

- stwórz swój domowy ołtarz, gdzie każdego dnia o wybranej przez siebie porze udasz się  w swoją własną przestrzeń ciszy, by móc nawiązać kontakt ze swoją duszą, pytając ją o przekaz bądź istotną dla Ciebie informację na ten moment. 

- przygotuj sobie Dziennik Procesu, na swoje własne notatki i refleksje podczas trwania kursu... 
Tyle w ramach przygotowań. Do czynu ...................................................................................................
i zobaczenia w kolejnej odsłonie Soul Coachingu :)
Ścisk.



sobota, 20 czerwca 2015




Dziś krótko, aczkolwiek treściwie.
Bez rozciągania, nadmiernego filozofowania.....
Natrafiłam wczoraj na ten cytat z książki Mowa ciszy Eckharta Tolle:

Gdyby przeszłość jakiegoś człowieka była twoją przeszłością,  jego ból twoim bólem, a jego  poziom świadomości twoim poziomem świadomości, to prawdopodobnie myślałbyś i działał podobnie jak on. Dzięki tej świadomości pojawia się wybaczenie, współczucie i pokój. 
Ego nie chce tego słuchać, ponieważ gdyby nie mogło mieć racji i być reaktywne, straciłoby swoją siłę.

Nic dodać, nic ująć, tylko zaprosić do swojej własnej ciszy i poczuć to...

Do spotkania w następnej przestrzeni.
Ścisk.

                       

czwartek, 18 czerwca 2015




Do skreślenia tych kilku słów, zainspirowała mnie poranna rozmowa z kimś, kto zapomina, że ma ciało.... O cóż chodzi?
Wszyscy tu na Ziemi- i nie jest to żadne odkrycie -  mamy ciało. Różne w oczach intelektu, takie samo z percepcji serca. Mamy ciało, by móc doświadczać chodzenia, jedzenia, spania, widzenia itp. Dostaliśmy je. Skądś. Gratis. I jest. 
Najczęściej na nie narzekamy -  nieładne, nieproporcjonalne, krótkie nogi,  za duży brzuch, małe piersi, płaski tyłek.....
Najczęściej nie zwracamy na nie uwagi - myjemy się (jeśli w ogóle) "bo wypada",  zęby szorujemy ze złością, bo jeszcze bądź już chce się spać, jemy, co tam mamy pod ręką, dusimy je nie dostarczając tlenu, zamęczamy brakiem snu lub jego wątpliwą jakością np przed tv, zatruwamy używkami.
A gdyby tak to ciało dostrzec w pełni świadomości? Ciało jako mój dom. Dom mojej duszy i umysłu.
Mechanizm perfekcyjny - trawi wszelkie "gówno", które do niego wrzucamy i jeszcze wytwarza z tego paliwo najlepszej jakości czyli krew, pomaga podrapać się lewą ręką za prawym uchem, gdy coś nas tam swędzi, daje możliwość, pójścia bądź pojechania, gdzie się chce, sprawia, że delektujemy się pyszną zupą, kawałkiem czekolady, zapachem kwiatów czy muzyką, ułatwia komunikację między ludzką od mowy do gestu czy obrazu....
No po co o tym pisać, toż to oczywiste. No właśnie oczywiste..... Zawsze było, jest,będzie.....
Ale to już nie jest takie oczywiste. Przestaje być, jak dupnie - raz i po oczywistości... I nie da się już robić tego wszystkiego, o czym nic a nic się na co dzień nie myślało, no bo oczywiste było, że było. A teraz nie ma. Nie ma tych wszystkich cudowności. 
Może więc nie czekać do dupnięcia? 
Może stanąć tak sobie sam na sam przed lustrem i powiedzieć choćby: "Fajne jesteś ciało, dziękuję".
I zadbać o nie, tak jak zazwyczaj dbamy o nasze domy, samochody i inne gadżety - dobre paliwko, staranne czyszczenie, polerowanie - delikatne, by nie porysować ;), odkurzanie z najwyższą dbałością o detale, wietrzenie - niech tam regularnie wpada masa świeżego powietrza, w razie konieczności serwisowanie, raz w roku jak z samochodem, wystarczy ;) .
A ono się nam odwdzięczy. Masą energii, by tworzyć, działać, doświadczać, świadomie żyć. 
Czego nam wszystkim z serca życzę.
Do spotkania w następnej przestrzeni.
Ścisk. 



wtorek, 16 czerwca 2015



Zaczynam...
Ale co?
Nową przygodę? Nowy etap? Nową JA? 
A może starą przygodę ale nareszcie jawnie?
A może stary etap, tyle że w rozwinięciu?
A może starą JA ale w przypominaniu?
A może wszystkiego po trochu?
Myśl o blogu "męczyła" mnie od kilku miesięcy. Od czasu, gdy rzucając pracę (pewnie w oczach wielu była to moja bardzo nierozsądna decyzja, ale moja), poczułam, że chcę czegoś innego, bardziej zgodnego ze mną, bardziej mojego, dosłownie również....
Nie wiem jeszcze dokładnie, jak to moje nowe życie zawodowe dokładnie ma wyglądać, ale błyski są, a to już sporo, zważywszy, że te kilka miesięcy temu wstecz pojęcie było dosłownie blade, ba, nie miałam nawet bladego pojęcia .... ;)
Tworzę więc TU na MOIM :) blogu: Od kreatywności do świadomości przestrzeń, w której chcę zbierać, to co  pojawia się w moim życiu od momentu, gdy w ogóle zaczęłam je dostrzegać.....
Moje małe kreacje, myśli, głównie te z serca, wątpliwości, pytania te bez odpowiedzi też, czyli moje  doświadczenia, które mają ( i po części to już się dzieje) usunąć wszystkie te rzeczy, które blokują mi drogę do siebie, czyli do Wszechświata, Kosmosu czy Boga (dla mnie to jedno, różnicę czynią słowa) a tym samym mają pomóc mi w bardziej świadomym życiu.
Cieszę się, na to co dziać się będzie, jakiekolwiek i cokolwiek to będzie.
Tyle. Na pierwszy raz wystarczy.
Do zobaczenia w kolejnej przestrzeni.
Ścisk. :)

Ps. Na górze mój pierwszy obraz :)